Relacja
-
Canouan – wyspa kontrastów (cz10)
Docieramy na Canouan późnym wieczorem. Kotwica i Karaiby witają nas w zatoce Grand Bay tuż przy dość znanym resorcie Tamarind Yacht Club. Udajemy się do restauracji Majella’s on the Beach tuż obok hotelu i kosztujemy lokalnych drinków, które trzeba przyznać - rewelacyjne. Beach Mohito, Black Sand czy chociażby wszystko co zawiera w
-
Saint Lucia – Black Beach (cz9)
Poranek przywitał nas słońcem i choć zrezygnowaliśmy z wieczornej imprezy na lądzie i tak byliśmy zupełnie zadowoleni. Odpięcie od boi, grot, silniki, genua i przemieściliśmy się na plażę niedaleko Choiseul, gdzie ku zaskoczeniu większości czarny piasek był tak gorący, iż nie dało się po nim chodzić bez klapek czy butów. Lądowanie odbyło się bez problemów – rozpoczęła się ekspedycja w celu zebrania kokosów, które wisiały i leżały. Temperatura piasku wahała się w okolicach 50-65 stopni, co stanowczo przeszkadza :)
-
Saint Lucia – Soufriere (cz8)
Mi osobiście się przysnęło podczas krótkiej trasy do kolejnego punktu naszej wyprawy – miasta Soufriere. Obudził mnie głos Denisa i Jasona – dwóch zadowolonych z życia facetów zajmujących się nami w tym właśnie miejscu. Darek z wrodzonym sobie wdziękiem załatwił wszystko w mig i po dwóch godzinach mieliśmy przygotowane dwie wycieczki i pełny stół jedzenia – banany, mango, ananasy, kokosy i wszelakie dobro w postaci ryżu, ryb. Całość nie zmieściła się absolutnie nawet w lodówce …
-
Saint Lucia – Castries, Castries Harbour
(cz7)
Po krótkim dystansie Karaiby pokazały nam Castries Harbour, gdzie zatrzymaliśmy łódź i korzystając z mikrobusu ( 15EC ) dotarliśmy po 15 minutach do stolicy Saint Lucia – miasta Castries. Trzeba przyznać, iż to istny tygiel wszystkiego – od niczego do wszystkiego – w centrum miasta można zupełnie za nic otrzymać kokosy, które lokalny sprzedawca rozłupuje na życzenie. W innym miejscu niczym z warzywniaka wypadają zupy i jedzenie dowolnego rodzaju. Rynek jest wypełniony dosłownie wszystkim – od drobiazgów po hurtowe ilości ubrań i sprzętu …
-
Saint Lucia – Pigeon Point, Rodney Bay (cz6)
Nasza łódka rozpędziła się na silnikach i rozpoczęliśmy żeglowanie – podniesiony grot, genua i wiatr niosący nas prosto na południe. Karaiby i pełne morze – piękne widoki, huśtawka i cudowne, przecudowne powietrze. Od początku zacząłem dość skuteczną walkę z bloczkiem grota, fałami i szotami żagli. Młynki, kabestan i ryfy grota. Dopisywała nam pogoda i lekkim baksztagiem po kilku godzinach dopłynęliśmy do zatoki Rodney Bay rzucając kotwicę przy Pigeon Point. Zmierzch pojawia się na Karaibach dość systematycznie w okolicach godziny osiemnastej i dziewiętnastej.
-
Zaokrętowanie (cz5)
Poranek to śniadanie. Ciągle budziliśmy się o 5.30-6.00, co było właściwie znakomite – więcej czasu, lepszy humor i dobre wykorzystanie czasu. Po śniadaniu udaliśmy się do Mango Bay – spotkaliśmy naszego Skipper’a – Darka Ignaszaka, który stał się naszym kapitanem :) i przewodnikiem po regionie. Rozpoczęliśmy przygotowania do zaokrętowania. Jest to bardzo ważny moment, gdyż odpowiednie zakupy umożliwią nam spokojne pływanie po Karaibach.
-
Martynika – St.Pierre, Le Diamant (cz4)
Poniedziałek przywitał nas słońcem ( jak zazwyczaj ). Rozpakowaliśmy się i właściwie można powiedzieć, że 60% zabranych rzeczy nie będzie potrzebna! Omijając powody Karaiby to klimat, temperatura, wilgotność i wiatr. To powoduje, iż większość rzeczy staje się zbyteczna. Co zatem zabrać ze sobą aby nie przedobrzyć i nie zmuszać się do zbytniego wysiłku w noszeniu plecaków czy walizek?
-
Spaleni słońcem (cz3)
Wczorajszy dzień nazwaliśmy już przy śniadaniu dniem aklimatyzacji. Aklimatyzacja w naszym wydaniu składa się głównie z nierobienia niczego przeplatanego pluskaniem się w hotelowym basenie. Tak więc zaraz po śniadaniu zabraliśmy kremy do opalania i umieściliśmy nasze wątłe, białe ciała na drewnianych leżakach. Napisałem, że zabraliśmy kremy, ale spragnione słońca umysły uczestników wyprawy nie podjęły decyzji o użyciu rzeczonych.
-
Martynika – Le Marin (cz2)
Poranek to oczywiście śniadanie. Nie dopadła nas żadna forma JetLag’u i obudziliśmy się o 5.30 :) Obok rezydencji wyposażonej w basen i bardzo miłą obsługę udaliśmy się do sklepu Ed Ed ( jedynego większego marketu w Le Marin – oprócz leżącego dalej dużego Championa ), gdzie zaczęliśmy od zakupów i kawy w barze obok. Nie powiem – niezła!
-
Wyjazd na Martynikę (cz1)
O 4:34 zadzwonił budzik. Zgodnie z planem w miłym geście wydzwonił „Fasten Your SeatBelt” i po chwili piliśmy już kawę wsiadając do samochodu jadącego na lotnisko. W zasadzie dojazd nie sprawił większych problemów. Odprawa, mimo niedawno zbudowanego terminalu 2 na lotnisku w Warszawie odbyła się w terminalu 1… Tłok jak zwykle, choć po tym czego doświadczyliśmy w Paryżu raczej bardziej niż sprawnie …